Rozmowa z doc. dr hab. Bogusławem Radziszewskim i dr inż. Krzysztofem Gajewskim, pracownikami Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN
-
Jesteście Panowie autorami WARSAW BASIC-a, ęzyka który w ocenach użytkowników - zarówno zawodowców jak i amatorów - zyskał znakomitą opinię. Pierwszą jego wersję opracowaliście Panowie dla mikrokomputera VIC 20, a w następnej kolejności na Commodore 64. Skąd u poważnych pracowników laukowych wzięto się zainteresowanie komputerami typowo domowymi, przeznaczonymi głównie do zabawy?
Bogusław Radziszewski: - WARSAW BASIC jest sytemem dla ubogich. Każdy użytkownik chciałby mieć sprzęt o możliwościach "o oczko" większych niż potrzebuje. My mieliśmy co najmniej o kilka oczek za mało i w tej sytuacji postanowiliśmy pomóc sobie sami. Cztery lata emu, gdy rozpoczynaliśmy naszą przygodę z mikrokomputerami, alternatywą były komputery Odra 1024 i 1204, a na biurku miałem tylko kalkulator. W planach na 86 rok projektowaliśmy zakup dla Instytutu dwóch lub trzech IBM-ów. Dzisiaj mamy ich trzydzieści...
VIC 20 (własność Instytutu) był nieco lepszym kalkulatorem. Pomyśleliśmy, czy nie mógłby być jeszcze lepszy i za własne pieniądze kupiliśmy rozszerzenia pamięci. Okazało się, że zainplementowany na tym komputerze BASIC jest narzędziem bardzo niedoskonałym i warto go przerobić. W efekcie powstał WARSAW BASIC na VIC 20.
Dużo zawdzięczamy profesorowi Bogdanowi Ranieckiemu, który inspirował nas i prowokował mniej więcej w ten sposób: "Przydałoby się coś takiego..., ale wy tego chyba nie zrobicie." A więc WARSAW BASIC powstał trochę na przekór.
Krzysztof Gajewski: - Historia WARSAW BASIC-a związana jest bezpośrednio z tym, co nazywało się rewolucją mikroinformatyczną w Polsce. Przypomnijmy, był to początek roku 1983. Wcześniej nigdy nie zajęlibyśmy się programowaniem systemowym, gdyż nie byliśmy w tej dziedzinie fachowcami. Przystosowaliśmy do naszych potrzeb ten sprzęt, który mieliśmy. Później wciągnęliśmy się w programowanie jako takie, przestało być ważne, czy robimy to dla siebie, a zaczęło nas to bawić.
Profesjonalny informatyk stwierdziłby, że nie warto się tym zajmować. Dla nas była to szansa pracy nieporównanie wygodniejsza niż dziurkowanie kart i czekanie do następnego dnia żeby okazało Się, że gdzieś tam popełniliśmy błąd.
Mogliśmy oczywiście poczekać na coś większego, ale szekanie to strata czasu. Kto nie zacznie od zaraz, po prostu wyłączy się z wyścigu.
-
Wiele - często bardzo poważnych - instytucji naukowych rozpoczynało komputeryzację od Spec-trum czy nawet ZX 81. Później jednak, gdy pojawiły się lepsze komputery zabawki te powędrowały na półkę. Ponowię pozostaliście natomiast wierni Commodore'owi do dzisiaj. Dlaczego?
Radziszewski: - Jest to po prostu nasza pierwsza miłość. W tej chwili mam w ręku całą - znakomitą zresztą i bardzo elastyczną - architekturę Commodore. Gdybym miał zająć się innym mikrokomputerem, nie wiem, czy zdecodywałbym się po raz drugi przejść tą drogę.
-
A jaki komputer stoi u Panów na biurku?
Radziszewski: - Dzisiaj stał VIC, korzystamy także z Commodore 128 i oczywiście 64. Mam nadzieję, że niedługo w naszym pokoju stanie większy komputer - IBM. Przy okazji pochwalimy się, nareszcie staliśmy się właścicielami mikrokomputera - kupiliśmy na spółkę VIC 20.
Gajewski: - Nie mielibyśmy nigdy Commodore 64, a potem 128 i wreszcie IBM, gdyby nie WARSAW BASIC na VIC 20. Tylko dzięki temu mogliśmy pokonywać kolejne stopnie.
-
Skąd braliście pomysły tak wielu niekonwencjonalnych rozwiązań?
Radziszewski: - Byłem naiwny do tego stopnia, że nie wiedziałem, że pewnych rzeczy, które sobie wymyśliliśmy, nie ma na dużych systemach.
-
Nie wiedzieliście Panowie, te tego "nie da się zrobić".
Radziszewski: - Dokładnie tak. A gdy nam się udało, niektórzy mieli wątpliwości, czy było warto.
-
A było warto?
Gajewski: - Pisaliśmy ten język wychodząc z założenia, że w miarę wzrostu liczby komputerów będzie również rosła armia ludzi korzystających z tego sprzętu bez profesjonalnego przygotowania. Oczywiście w większości przypadków taki kontakt z komputerem zakończy się na korzystaniu z gotowych programów, ale znajdą się tacy, którzy zajmą się programowaniem traktując to choćby jako intelektualną rozrywkę. Większość z nich pozostanie przy BASIC-u. Można im więc dostarczyć taki BASIC, który daje im możliwości, jakimi dysponują języki wysokiego poziomu.
-
Jaką dokumentację posiadaliście w chwili rozpoczęcia pracy?
Gajewski: - Mieliśmy do dyspozycji jedynie instrukcję obsługi VIC 20 (był w niej zestaw rozkazów mikroprocesora 6502) i program o nazwie TINYMON, czyli "cienki monitor", który rzeczywiście był cienki, gdyż jego możliwości ograniczały się do monitorowania zawartości pamięci w kodach szesnastkowych.
Mieliśmy także mapę pamięci z opisanymi zmiennymi systemowymi, nie mieliśmy natomiast opisu ROM-u. Poznanie odbywało się poprzez eksperyment - pisanie sprytnych programów i poruszanie się trochę na ślepo. Z punktu widzenia profesjonalisty była to strata czasu. Normalnie powinno się mieć pełną dokumentację systemu, a dopiero wówczas przystępować do programowania.
Radziszewski: - W związku z tym, jeszcze dzisiaj, po tylu latach chciałbym znaleźć kogoś, z kim mógłbym się zrównać w konkursie programowania mikroprocesorów z rodziny "65", bezpośrednio w kodach szesnastkowych.
-
Jak sprzedaje się pracę szarych komórek?
Radziszewski: - Jedyną instytucją prowadzącą marketing naszego wyrobu jesteśmy my sami. Pierwszy kontakt handlowy nawiązaliśmy z firmą EPOSCOM z Bydgoszczy. Przekazaliśmy jej program wraz z instrukcją w języku polskim i podpisaliśmy umowę, na mocy której mieliśmy otrzymać dziesięć procent zysku. Było to ponad rok temu. Do dzisiaj nie wpłynęła na nasze konto ani jedna złotówka. Z drugiej strony mieliśmy już możliwość widzieć na giełdzie WARSAW BASIC w wersji "bydgoskiej".
-
Nie próbowaliście dochodzić swoich praw?
Radziszewski: - Okazało się później, że popełniliśmy błędy przy podpisywaniu umowy i nie zabezpieczyliśmy się odpowiednio.
-
Czy to przykre doświadczenie uchroniło Was od popełniania podobnych nieostrożności?
Radziszewski: - Niezupełnie. W następnej kolejności podjęliśmy współpracę z jednym z dość znanym w Polsce studiów mikrokomputerowych. Szef studia wziął od nas dziesięć kaset obiecując, że spróbuje je sprzedać. Po jakimś czasie poinformował nas, że nikt nie chce tego kupować. Jak się później dowiedzieliśmy, wypożycza je za opłatą i w ten sposób umożliwia kopiowanie.
W grudniu zeszłego roku podpisaliśmy umowę z Krajowym Wydawnictwem Czasopism na wydanie w ciągu trzech miesięcy kasetowej wersji WARSAW BASIC-a. Do dzisiaj nic z tego nie wyszło.
-
Nie spotkaliście więc nikogo, kto by wam pomógł?
Gajewski: - Na szczęście nie było tak źle. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że jeśli będziemy nasz produkt rozprowadzać na dyskietkach czy kasetach, to zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie to kopiował i sprzedawał na własny rachunek. Wówczas pojawił się pomysł wyprodukowania cartridge'a z WARSAW BASIC-em. Szukaliśmy kogoś, kto by się na tym znał i znaleźliśmy. Zgłosił się do nas młody człowiek, pan Krzysztof Drozd, właściciel warsztatu rzemieślniczego i zaproponował współpracę. Po raz kolejny podjęliśmy ryzyko i tym razem udało się. Nie jest to oczywiście produkcja z prawdziwego zdarzenia i jej wielkość liczy się w szutkach, ale zawsze jest to już coś.
Radziszewski: w ostatnim czasie zainteresowaliśmy nasz instytut zakupem epromów z Warsaw Basic-em i właśnie realizujemy zamówienie opiewające na 10 sztuk. Mamy jednak kłopoty z nieżyciowymi przepisami. Otóż okazuje się, że żadna instytucja państwowa nie moż od nas kupić pomysłu ani gotowego produktu. Możemy sprzedać jedynie nasz czas, naszą pracę na drodze "umowy-zlecenia". A tak długo, jak godzina mojej pracy będzie kosztowała 139 zł i w ciągu miesiąca będę mógł przepracować na tych zasadach 70 godzin, tak długo nic dobrego w normalnych (nie hobbystycznych) warunkach powstać nie będzie mogło.
-
Czy to wszystkie Wasze pozytywne doświadczenia?
Gajewski: - Na szczęście nie. Zainteresowaliśmy naszym programem poważne biuro konstrukcyjne - KOLPROJEKT. Nie tylko sprzedaliśmy im pierwszą wersję tego systemu, ale przez cały czas prowadzimy zajęcia dla projektantów. Zaliczenie takich zajęć (które zresztą powoduje automatycznie podniesienie grupy uposażenia) odbywa się poprzez napisanie programu użytecznego na danym stanowisku pracy. W ten sposób sprzedaliśmy także naszą filozofię polegającą na tym, by nie czekać, lecz wchodzić z tym co jest do uzyskania dzisiaj.
-
Czy zabezpieczacie w jakiś sposób swoje wyroby przed spryciarzami chętnymi do korzystania z cudzej pracy?
Radziszewski: - Każdy program wychodzący od nas ma swoje oznaczenie. Ponieważ pracujemy w systemie manufaktury, możemy sobie pozwolić na to, że każdy egzemplarz jest osobno znaczony. Dzięki temu bardzo łatwo jest ustalić, w którym miejscu nastąpił "przeciek" i kto udostępnił do skopiowania nasz program. Oczywiście robimy to jedynie dla własnej satysfakcji, gdyż w obecnej sytuacji prawnej do niczego nas to nie upoważnia.
Najskuteczniejszą obroną przed piratami jest natomiast fakt, że my ciągle doskonalimy nasz wyrób, nie zmieniając jego dotychczasowych funkcji. Każdy użytkownik chciałby mieć oczywiście wersję najnowszą a tym samym najpełniejszą. Pirat tego nie może zapewnić.
Zastanawiamy się także, jak zjednoczyć ludzi będących w podobnej sytuacji jak my, to znaczy takich, którzy zaznali radości tworzenia, ale którzy mogą zaznać gorycz tego, że ich praca może zostać wykorzystana nawet bez wskazania źródła. Może wspólnymi siłami uda się zaradzić złu.
-
Czy nie mieliście momentów zniechęcenia?
Radziszewski: - WARSAW BASIC ujrzał światło dzienne tylko dlatego, że moja żona pewnego dnia nie opróżniła kosza na śmieci (!). Przez długi czas nie mieliśmy do dyspozycji nawet najprostszej drukarki i nasza praca polegała na ślęczeniu godzinami przed ekranem telewizora i spisywaniu ręcznie kolumn liczb. Pewnej nocy, gdy po raz kolejny nie osiągnąłem pożądanego wyniku, zebrałem wszystkie papiery i wyrzuciłem do kosza z mocnym postanowieniem nie powracania do tego tematu. Przyszedłem do pracy i nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Po powrocie do domu zaglądnąłem do kosza, okazało się, że nikt go jeszcze nie opróżnił. Wyjąłem więc papierzyska i... tak uratowałem WARSAW BASIC.
-
Czy nie odczuwacie żalu, że Wasza praca nie jest wykorzystywana w szerszym zakresie, a Wy, jako autorzy nie chodzicie w laurowych wieńcach na głowie i z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi?
Gajewski: - Myślę, że nie będziemy nieskromni, jeżeli powiemy, że jest to naprawdę dobry język i z tego powodu żałujemy, że nie jest szerzej rozpowszechniany. Cieszymy się jednak, że wielu ludziom służy on już od dawna i są z niego bardzo zadowoleni.
Radziszewski: - Nigdy nie planowałem w swoim życiu dużych kroków i dlatego nawet drobne osiągnięcia dają mi satysfakcję. Przecież już samo tworzenie daje wielkie bogactwo przeżyć, stanowi wspaniałą intelektualną przygodę i tylko ten, kto sam tego doświadczył, może to ocenić.
-
Co było po WARSAW BASIC-u i co jeszcze macie w planach?
Gajewski: - Promocja WARSAW BASIC-a wymagała opracowywania dużej liczby tekstów. Nic więc dziwnego, że wzięliśmy na warsztat edytory tekstów. W efekcie powstał WIZAWRITE PL, będący spolszczoną wersją tego programu. Dla wygody umieściliśmy go na epromie.
W następnej kolejności zajęliśmy się programem graficznym SUPER EXPANDER. (Po pracy należało się nam trochę rozrywki.) Uzupełniliśmy go o szereg procedur i całość znów przenieśliśmy na eprom.
Radziszewski: - W planach mamy WARSAW BASIC na Commodore 128 i osiemdziesięciokolumnowy edytor tekstu dla tego komputera. Chcielibyśmy wprowadzić także struktaralizację danych w WARSAW BASIC-u i uzupełnić go o zmienne listowe. Praktycznie gotowy jest rachunek macierzowy. Chcemy także włączyć do WARSAW BASIC-a program generowania mowy (na podstawie angielskiego programu SAM). Mógłby on stanowić doskonałą pomoc dydaktyczną między innymi dla ociemniałych.
-
Jakiej rady udzielicie Panowie czytelnikom, którzy chcieliby pójść w Wasze ślady?
Radziszewski: W każdych warunkach można robić rzeczy dobre. Trzeba mieć jedynie otwartość i świeże spojrzenie mego kolegi, amoją zawziętość i upór.
Rozmawiali:
Roman Poznański
Klaudiusz Dybowski
Sławomir Polak
Bajtek, listopad 1987