Zjawisko stare jak komputer. Najnowszy język. Informatyczny slang. Elektroniczne narzecze.
Te i jeszcze wiele innych sformułowań używa się do określenia pewnego zjawiska ściśle związanego z rozwojem komputeryzacji, języka, którego używają ludzie związani z komputerami.
Ci, którzy nie zetknęli się jeszcze z informatyką, wiadomości podobne traktowali pewnie z przymrużeniem oka. "Pogadają sobie i znudzi im się" - mówiono ze złośliwym uśmieszkiem na ustach. Na szczęście tak jednak się nie stało i język ten jest aktualnie w rozkwicie.
Od kilkunastu lat, kiedy to pojawiły się pierwsze komputery, a nawet już wcześniej, gdy wszystko istniało jeszcze w teorii, zaczęły tworzyć się pewne określenia ułatwiające porozumiewanie się. Były to krótkie, lecz bardzo "nasączone" słówka, zawierające w sobie bardzo dużo treści. Ich pochodzenie związane było bezpośrednio z dziedziną, w której się pojawiły. Skróty komend, nazw, słów kluczowych - słowa dotąd nieznane, lecz zrozumiałe od razu dla każdego z "branży".
Słów tych nie można było znaleźć w żadnych słownikach, encyklopediach lub innych temu podobnych, co więcej, nawet w poważnych komputerowych książkach czy gazetach nie wspominano o nich.
Nasuwa się więc pytanie - czemu tak się działo? Dlaczego wokół tego zjawiska było tak cicho. Czy jedynym powodem było lekceważenie?
Nie ma na te pytania jednoznacznych odpowiedzi. Wydaje się, iż nikt na serio nie podjął tego tematu, ponieważ nie zaistniała taka potrzeba. Początki lat osiemdziesiątych - pierwsze komputery ośmiobitowe, to lata bardzo z naszej perspektywy zacofane. Poczciwe Spectrumy czy inne temu podobne skrzyneczki nie stwarzały jeszcze poważniejszych problemów. Pisanie instrukcji i nauka obsługi odbywała się przy użyciu normalnego słownika. Początki, kiełki późniejszego slangu zaczęły pojawiać się tylko wśród młodzieży użytkującej te maszynki.
Wprowadzenie komputerów szesnasta- i trzydziestodwubitowych, oraz nieprawdopodobne skomputeryzowanie całego prawie globu wywołało lawinową" reakcję. Olbrzymie kręgi naukowców-informatyków porozumiewać zaczęły się wyłącznie swoim wewnętrznym językiem, niezrozumiałym dla większości "normalnych" ludzi. Było to zjawisko z gruntu normalne, natychmiastowa reakcja na rewolucyjne zmiany w każdej prawie dziedzinie życia.
Wywołało to odzew w wielu poważnych pismach a czasem nawet w codziennych brukowcach - niezliczone artykuły poruszające ten problem, często nawet ironicznie podchodzące jeszcze do sprawy, stały się normalne. Nadal nikt jeszcze nie sądził, że przybierze to tak kolosalne formy z jakimi spotykamy się dzisiaj. Poważni dziennikarze śmiali się wszystkim w nos, pisząc w swoich ukochanych pismach o beznadziejnych, ich zdaniem, formach porozumiewania się między skomputeryzowanymi ludźmi, porównując ich slang do indiańskiego narzecza. Nie muszę chyba dodawać, że niedługo później poglądy ich ulegały szybkim zmianom (przynajmniej na papierze) i śmiech zamieniał się w powagę, a uśmiech w mądrą minę.
Bez kozery można już stwierdzić, że narodził się naprawdę nowy język. Laik nie jest w stanie zrozumieć co mówi do niego ści nic nie pojmie z wyjaśnień mechanika samolotowego.
Większa część określeń zaliczanych do slangu zaciągnięta została z języka angielskiego, jako bazy wszystkich języków programowych. Oczywiście spolszczono je przedtem i odpowiednio dostosowano do naszych warunków. Teraźniejsza ich forma jest już często nie do poznania, tak więc stworzenie jakiegokolwiek słowniczka wydaje się bez sensu.
Inne rodzaje słów zaliczanych do slangu miały swoje źródło w naszym rodzimym języku. Wymyślane przez nudzących się hackerów, którzy akurat nie mieli żadnego programu do "złamania" lub po raz kolejny "wieszał" się im komputer. Z reguły stówka takie przyjmowały się raczej bezboleśnie i szybko. Czasami jednak zdarzały się określenia zgoła nietrafne i bezużyteczne - te zanikały w naturalnej, komputerowej selekcji. Widać też z praktyki, że na rynku tym istnieje trochę większa konkurencja niż np. w Społem, tak że lepsze pomysły wypierają gorsze, a nie że do sklepu kupuje się to, co lubi wielki Bóg zwany kierownikiem placówki. Z powodzeniem więc, możemy się spotkać czasem ze słowami, które po kilku tygodniach będą już poza użyciem, nie będzie to bynajmniej znaczyło, iż slang jest w zaniku. Najprawdopodobniej nie zdarzy to się dotąd, póki istnieć będą komputery, więc jeszcze bardzo długo.
Wiadomym także jest, że aktualnie w większości poważnych czasopism używa się języka bardzo dopracowanego, w którym wplecione są tylko wyrażenia slangowe, w ogólnie akceptowanych mutacjach. Spowodowane jest to najczęściej obawą o to, czy przeciętny czytelnik, który jeszcze nie posiada komputera zrozumie, o co autorowi danego artykułu chodzi. Dlatego też nikt nie ryzykuje stworzenia pisma o bardzo luźnym, lub całkowicie komputerowo-slangowym języku.
Co bardziej zaangażowani komputerowcy, mający codzienny kontakt ze sprzętem żartują, że bez żadnych kart ani innych rozszerzeń komunikują się z komputerem za pomocą języków naturalnych. W praktyce taka komunikacja wygląda w ten sposób, że facet klaruje drukarce, żeby się nie wygłupiała, tylko wyłączyła ten tryb graficzny. Bardzo często też ponagla się twardy dysk, krzyczy na edytor lub ochrzanią klawiaturę.
Na zakończenie pragnę powiedzieć, że nie przytaczam żadnych szczegółowych przykładów z dość prozaicznej przyczyny. Otóż nikt nie może dokładnie powiedzieć, które wyrażenia są slangowe, a które po prostu komputerowymi określeniami. Z pewnością słowa "flaki" (wnętrze komputera) lub "drajw" (stacja dysków) można do slangu zaliczyć, lecz większość podobnych określeń nie jest niestety aż tak wyrazista. Pozostaje więc wszystkim chętnym nauki spędzić resztę życia poznając ten "tajemny język", co jednak stanowczo odradzam. Myślę, że dużo bardziej pożyteczna będzie nauka jakiegoś konkretnego języka programowania, byleby tylko nie był to Turbo Pascal pod CP/M'em
Łukasz Czekajewski
Bajtek, listopad 1989